Uwolnić księżniczkę

Man looking at an old broken computerTermin oddania projektu ‚Trinity’ zbliżał się nieubłaganie. Był już widoczny na linii horyzontu i z każdym dniem stawał się większy i bardziej wyraźny. Jak każdy bardzo ogarnięty i zorganizowany freelancer miałem wszystkie zaległe elementy projektu opisane i zaplanowane. Jak każdy sumienny specjalista, wszystkie istotne kroki i etapy miałem wpisane w kalendarzu, który zgrabną grafiką wizualizował harmonogram prac. Na czerwono. A kolor czerwony zazwyczaj wróży coś złego. Przyroda tak sobie wymyśliła, a ludzie to podchwycili i zaimplementowali we wszystkich aplikacjach na świecie. Tak też było w tym przypadku – czerwone słupki nie pozostawiały cienia wątpliwości i mówiły jednoznacznie: „Andy… choćby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów to nie zdążysz”. W zaistniałej sytuacji, jak większość ogarniętych, zorganizowanych, sumiennych i kompetentnych mistrzów w swojej dziedzinie siedziałem przed telewizorem i po raz setny oglądałem losowy odcinek Doktora House’a. Wiedziałem, że pacjentka ma przetokę w jelicie spowodowaną spożyciem środka do udrażniania rur, więc w głębokim poczuciu przewagi na lekarzami najnormalniej w świecie makabrycznie się nudziłem. Miałem ochotę coś porobić (oczywiście nie dotyczyło to projektu ‚Trinity’) ale mój mózg nie był w stanie wytworzyć żadnej, nawet najbardziej ulotnej wizji interesującego zajęcia. Gapiąc się w ekran usłyszałem miauczenie Zdzisia. Dziwnie odległe miauczenie. Mózg ożywił się, a ręką wyłączyła telewizor.
– Miaaauuu…
– Zdzisio!
– Miaaaaauuu…
– Gdzieś polazł?
– Miaaaaauuuuuuu….
No niemożliwe… Zdzisio wymiaukiwał się z piwnicy. Nie bez powodu ogólna opinia o kotach jest taka, że koty są dziwne i w losowych momentach czasu nie podlegają prawom fizyki. Po raz ostatni byłem w piwnicy prawie rok temu gdy w bałaganie tam panującym upychałem bombki choinkowe po zeszłorocznych świętach. No i raczej Zdzisio nie siedział tam zamknięty od tamtego czasu. Dobra. Nie będę tego analizował. Zdzisio to Zdzisio. Poczłapałem do piwnicy i nieśmiało otworzyłem drzwi. Moja piwnica zawsze kojarzyła mi się ze strychem starego, wiejskiego domu – było tam wszystko, co przez lata udało mi się zgromadzić i czego z różnych przyczyn nie potrafiłem wywalić na śmietnik. Jakby na potwierdzenie tego faktu był tam teraz Zdzisio 🙂 Siedział w kącie na białym pudle wśród rozsypanych kartonów i wylizywał sobie futro z piwnicznego kurzu. Białe pudło? O masz, przecież to mój komputer z czasów, gdy w liceum siłowałem się z Wokulskim, Kordianem, doktorem Judymem i innymi superbohaterami! W tym właśnie momencie poczułem się jak doktor Frankenstein – postanowiłem, że go ożywię.

Kabel zasilający – jest. Klawiatura z dziwną wtyczką jak z magnetofonu firmy Kasprzak – jest (a jakże! na ścianie wisiała od lat jako dekoracja), mysz… hmmm… zaraz! jaka mysz? Przecież ten komputer to jeszcze ‚pod DOSem robił’. Czyli myszy nie szukam. Monitor. No tak. Potrzebne wsparcie. Dzwonię do Karla.
– No cześć Andy.
– Siema, masz jeszcze ten monitor taki wiesz? No ten taki stary?
– Oooo chcesz go w końcu kupić?
– Nie wiem, może chcę. Masz?
– Mam.
– No to bierz go pod pachę i naginaj tutaj do mnie.
– 100 złotych.
– Dobra. Bierz i chodź.
Karl pojawił się po 5 minutach w czapce, kurtce, krótkich spodniach, ze starym monitorem Nokia (tak tak, właśnie TA Nokia) pod pachą.
– 100 złotych – Karl od progu zadbał o interesy.
– Masz – podałem mu stówę.
– Monitor jest twój. Mogę wracać?
– Jak chcesz. Ja właśnie odpalam moje 386 z liceum.
– Uuu panie. To taka trochę komputerowa nekrofilia. Zostaję.
Podłączyliśmy monitor. Karl oczywiście musiał pogalopować do domu po drugi kabel zasilający. Wrócił po chwili zdyszany. Byliśmy gotowi do akcji ‚wskrzeszenie’.
– Tam jest dysk twardy? – spytał Karl?
– Jest. 80MB.
– On tak lekką rączką od ponad 20 lat się nie kręcił. Nie wybuchnie?
Nacisnąłem okrągły guzik na obudowie…

CAŁA DZIELNICA WYLECIAŁA W POWIETRZE. DZIĘKUJĘ. KONIEC.

No dobra. Żartowałem 🙂 Zielone lampki na klawiaturze zamrugały, niebieska lampka na obudowie zamajaczyła, a z wnętrza obudowy rozległ się dźwięk startującej piły do drewna.
– Ty! On ruszył, patrz – Karl wskazał palcem na monitor.
Faktycznie. Skubany wystartował. Na ekranie pojawiały się kolejne linijki tekstów startującego DOSa.
– Ja cie! Normalnie jak jakieś pismo runiczne!
– Patrz, wtedy to jednak robili dobry sprzęt. Jakbyś Rembranta (komputer Karla) zostawił na 20 lat w piwnicy, to mógłbyś go co najwyżej na szufelkę zebrać po tym czasie, a tu proszę – robi jakbym go wczoraj wyłączył.
Odruchowo uruchomiłem Norton Commander’a (to jest jak jazda na rowerze – nie da się tego zapomnieć). Widok niebieskich paneli spowodował, że prawie się pobeczałem ze wzruszenia. Karl też stał oniemiały.
– Zobacz – TAG, POP, mks_vir – chłopie jakie ty masz tu skarby!
Nagle głośniczek zaczął rzęzić melodyjkę Yankee Doodle…
– Niemożliwe, wirusa masz! Buahahaha! Przez 20 lat miałeś w piwnicy ognisko epidemii!
Faktycznie. Przypomniałem sobie, że jak tę supermaszynę wyłączałem po raz ostatni (czyli będąc w liceum), to też grał tę melodyjkę.
– mks_vir’a odpal. Przecież masz – niech leczy!
Przeklikałem się przez Norton’a i uruchomiłem mks-a. Skanowanie ruszyło i po chwili już mieliśmy chorego osobnika jak na tacy. ‚Wylecz’, ‚tak’, ‚tak’, ‚kontynuuj’, ‚tak’… melodyjka ustała.
– I co? Po temacie?
– No nie wiem, chyba tak.
– W sumie szkoda, że go wyleczyłeś. Mogliśmy zobaczyć, czy ten Yankee nadal jest przez programy wykrywany. Taka w sumie ciekawostka – tak jakbyś poszedł do przychodni osiedlowej i powiedział, że złapałeś dżumę jak byłeś nad Bałtykiem 🙂
– A co jest w katalogu POP?
– Nie wiem, poczekaj… Prince Of Persia!!!
– Dajesz! Bracie! Dajesz!

Projekt ‚Trinity’ musi poczekać – ruszamy z Karlem z misją wyzwolenia księżniczki!

A jakby ktoś chciał sobie komputer mks_vir-em przeskanować, to też może, nawet gdy nie ma w domu piwnicy:

Skaner online mks_vir