Masz różową?

Bujałem się na krześle patrząc z rozrzewnieniem na „hall of fame” polskich wieszczy rozglądających się leniwie wokół z czarno-białych portretów rozwieszonych na ścianach pracowni komputerowej Szkoły Podstawowej numer 397 na ulicy Gryziona 17. Na zadziwiająco jak na tę porę roku bezchmurnym niebie królował już księżyc otrzepując się z aury niedawnej superpełni i rzucając na podłogę srebrne plamy światła w kształcie szkolnych okien. Przy ławce pod oknem siedział Czesiek i zagryzając język pracowicie kolorował postać Lorda Vadera na kartce, którą buchnął z drukarki przy komputerze na nauczycielskim biurku.
– Masz różową? – spytał nie odrywając się od rysunku nad którym pracował już od ładnych kilkunastu minut.
Z pewnym trudem złapałem równowagę i sięgnąłem do piórnika, który jakiś nieuważny uczeń zostawił przy klawiaturze. O rany, no normalnie jak damska torebka – wszystko tam było, łącznie z wkrętami do drewna i spinaczami do prania.
– Mam.
– Daj.
– Nie jest zatemperowana…
– Masz temperówkę?
Grzebnąłem od niechcenia w piórniku.
– Nie mam… ale poczekaj, scyzoryk mam.
Zatemperowałem różową kredkę. Dzieciak jutro znajdzie piórnik, zajrzy, a tam różowa kredka gotowa do pracy. Ucieszy się bez dwóch zdań.
– Łap Czesiek – rzuciłem mu kredkę.
– Dzięki.
Czesiek został wezwany do szkoły w trybie pilnym i niecierpiącym zwłoki przez panią Żanetę w sprawie poczynań jego syna Grzegorza na lekcjach informatyki (czyli tzw. „Zajęć z komputerem”). Przesłuchiwany i torturowany przez ojca na tę okoliczność Grzegorz nie umiał wskazać przyczyny emocjonalnej gadki pani Żanety, której Czesław musiał wysłuchać przez telefon wczoraj wieczorem. Jak każdy wczesny nastolatek Grzegorz uważał się za jednostkę świętą i pozbawioną wszelkich wad oraz skaz zarówno emocjonalnych jak i etycznych. Był w swoim mniemaniu idealny i bez grzechu, a wszelkie uwagi i każdą krytykę traktował jako przejaw skandalicznej nietolerancji, a w skrajnych przypadkach (np. w obliczu konieczności napisania wypracowania) wręcz głupoty nauczycieli, kompletnie nie rozumiejących potrzeb młodych ludzi i nie ogarniających zasad rządzących światem.
Wieczorem mieliśmy iść z Cześkiem do „Piachu” (taka nasza lokalna knajpa na 5 osób), więc żeby zaoszczędzić czas i ewentualnie wspomóc kolegę psychicznie i być może fizycznie w obliczu zagrożenia ze strony ciała pedagogicznego udałem się razem z nim na spotkanie z panią Żanetą.
– Ha! – krzyknął Czesiek zrywając się z krzesła. Wyszczerzył na mnie zęby w diabelskim uśmiechu i z dumą pokazał efekt swojej mozolnej pracy.
– Łomatko! Czesiu, wiesz, że jakby Anakin Skywalker to zobaczył, to wepchnąłby ci ten rysunek do żołądka? I to wcale nie przez usta…
– Wiem! – Cześka nieustannie rozpierała duma – mam pomysł!
Czesiek podbiegł do drzwi pracowni i powoli wyjrzał na korytarz.
– Czekaj na mnie, zaraz wracam…
Wybiegł. Zawiesiłem się na moment, ale po chwili uznałem, że muszę sprawdzić, czy przypadkiem w obliczu owego pomysłu Cześka nie powinienem ewakuować się przez okno ze szkoły i opracować jakiegoś wiarygodnego alibi tudzież czy w grę nie powinno w ogóle wchodzić wyparcie się znajomości z obywatelem Czesławem M. Wyjrzałem na korytarz.
– Czesiek, ty idioto! – wysyczałem.
Mój nienormalny kolega właśnie przypinał swoje dzieło na tablicy przy pokoju nauczycielskim zatytułowanej „Portrety naszych nauczycieli – wielki konkurs dla uczniów”.
– Moment, już kończę!
Czesław przygalopował z powrotem do klasy.
– No wygramy ten konkurs jak nic!
– Czesiek, ale pamiętasz dlaczego tu jesteśmy prawda? Kojarzysz, że to ty zostałeś tutaj wezwany, a nie że ty kogoś wzywałeś?
– Kojarzę, kojarzę. Tylko już w sumie trochę tu czekamy…
No faktycznie. Pani Żaneta już ponad 40 minut temu przywitała nas ozięble i kazała poczekać w sali numer 2. Dodała też, że mamy niczego nie dotykać no i w sumie prawie niczego nie dotykaliśmy. A zwłaszcza Czesiek niczego nie dotykał… głąb jeden.
– Patrz Andy, ten komp pod Słowackim jest włączony. Może zobaczymy, co te maszyny mogą?
– No żebyś tylko się nie przekonał, co pani Żaneta może…
– Oj tam Andy… stronkę ci fajną pokażę.
Czesiek podjechał krzesłem do wysłużonego szkolnego peceta i jak wirtuoz klepnął palcem w spację. Ekran ożywił się rozświetlając mrok pracowni kolorami tapety starego ale jakże jarego Windowsa XP.
– Uuuu panie, ale to musi być torpeda. Może kiedyś zrzucimy się i ufundujemy dzieciakom nową pracownię co?
– Tak, sprzedaj swój fortepian i kup dzieciom komputery.
– Pomyślimy. Patrz na to bracie!
Czesiek wklepał w przeglądarce jakiś adres, zawiesił palec nad Enterem…
– Gotowy?
– No… gotowy.
Nacisnął. Ekran zapłonął na pomarańczowo krzycząc niemo i nieubłaganie, że strona, do której próbował sięgnąć Czesław, została zablokowana.
– O w mordę. Andy, to ten sam program, co u ciebie w domu.
– Widzę.
– No i tyle sobie pooglądaliśmy… – zadumał się Czesiek najwyraźniej kombinując, jakby tu obejść zabezpieczenie.
Nagle wolno dotychczas płynący czas przyspieszył. Na korytarzu rozległo się przyspieszone „tuk, tuk, tuk”, skrzypnęły drzwi i do klasy wpadła pani Żaneta.
– Panowie! Czy wam się wydaje, że jesteście u siebie w domu?! Czy sądzicie, że ja nie widzę, co robicie na tym komputerze?!
– Ale my…ten no…byliśmy żeby…tu on… – Czesiek dał popis retoryki z górnej półki.
– I kogo ja mam w takim razie wzywać i z kim rozmawiać, żeby to miało sens? Może z waszymi rodzicami panowie co?
– ….. – Czesiek wytrzeszczał oczy. Generator mowy wyłączył mu się kompletnie.
– I pan, panie Rolan też zachowuje się szalenie odpowiedzialnie prawda?
Znałem się z panią Żanetą. Reperowałem jej kiedyś komputer po zalaniu kawą i – przynajmniej do dzisiaj – miałem wrażenie, że uważa mnie za osobnika poważnego. Z bólem obserwowałem jak ta aura ekspresowo paruje z oczu pani Żanety.
– Jak mam oczekiwać od waszych dzieci odpowiedzialnego zachowania i poszanowania zasad, jak wy sami w szkole robicie takie rzeczy?
– Ale ja mam tylko kota i on nie… – no nic głupszego już nie mogłem powiedzieć. Na szczęście pani Żaneta w porę mi przerwała mi i nie zdążyłem pogrążyć się do reszty.
– Panowie, może wam się wydaje, że to jest śmieszne i nieistotne – nie wiem, dojdziemy do tego. Czy wie pan, panie Czesławie dlaczego chciałam się panem spotkać?
– … no w zasadzie to nie wiem. Złe stopnie?
– To też. Ale chodzi przede wszystkim o to, że pana syn postanowił pokazać kolegom na lekcji strony porno panie Czesławie. Tu, w szkole, swoim kolegom. Jedenastolatek. Czy rozumie pan moje słowa?
Czesiek stał oniemiały.
– Zakładam, że milczenie spowodowane szokiem oznacza pełne zrozumienie moich słów panowie. Czy wie pan skąd pana syn znał adresy tych stron?
– Nie wiem – Czesław ożył na chwilę.
– To ja panu powiem. Ale najpierw niech mi pan powie, ile ma pan w domu komputerów?
– Jeden.
– Ok. I z tego komputera korzysta pan, pana żona i zapewne Grzegorz tak?
– Tak.
– Czy kojarzy pan takie coś jak historia przeglądanych stron?
– Tak.
– Kojarzy Pan. Super. Pana syn też to pojęcie kojarzy.
Podłoga pod Czesławem zaczęła niemal dymić. Czułem, że jeszcze moment i będę świadkiem samozapłonu.
– Ktoś u pana w domu, na waszym komputerze oglądał sobie te strony. Ja oczywiście nie mam zamiaru zastanawiać się nad tym kto to był. Może sąsiad wpadł z wizytą jak was w domu nie było. I wiem pan co? Mam nawet dla pana listę.
Pani Żaneta dała nam kartkę z adresami stron… wyglądały znajomo…
– Panowie, ja wiem, i wy już też wiecie, że mamy system, który takie strony blokuje i uczniowie ich sobie nie pooglądają. Ale my do waszych domów nie sięgamy. To jest zadanie dla was. Mam wam zlecić napisanie wypracowania na temat „Jaki mam pomysł na zabezpieczenie moich dzieci przed zagrożeniami płynącymi z Sieci„?
– Może tym razem wystarczy upomnienie? – zapytałem w imieniu Czesława, który najwyraźniej modlił się, żeby jego żona nie dowiedziała się, w jakim celu był dziś w szkole.
– Ehhh… tym razem wystarczy. Liczę na poważną refleksję z pana strony panie Czesławie.
– Tak pani profesor. Ja to załatwię. Zrobię. Tak.
– Bardzo mnie to cieszy. Niech pan wyłączy ten komputer.
Czesiek drżącą ręką próbował okiełznać kursor myszy.
– Guzik niech pan po prostu naciśnie na obudowie – ulitowała się pani Żaneta.
Komputer pogrzechotał jeszcze chwilę dyskiem i z ekranu zniknął w końcu pomarańczowy ślad naszej niegodziwej działalności.
– A! I jeszcze jedno panowie. W sprawie tego konkursu, w którym dzisiaj wzięliście panowie udział…
– !!!!! – pomyśleliśmy zgodnie z Cześkiem.
– Jestem przekonana, że wasza kreacja pod tytułem „Lord Vader w stroju baletnicy” zdeklasuje inne prace. Zgodnie z zasadami konkursu zwycięzcy będą na szkolnej akademii śpiewać wybrane przez siebie piosenki. Chciałabym, żebyście do przyszłej środy wysłali mi krótkiego maila z informacją, jaki utwór będą panowie wykonywać.
Pani Żaneta skinęła lekko głową i wyszła. Na korytarzu rozlegało się coraz cichsze „tuk, tuk, tuk”.
Zapomnieliśmy, że nie tylko komputery są w szkole monitorowane…
– K… Czesiek…
– Co?
– Wiadro!
– Musimy piosenkę znaleźć jakąś…

Ja już nawet wiem jaką: Mniej więcej tak będziemy wyglądali z Cześkiem na szkolnym apelu.