Gdyby Karl mnie słuchał, to miałby swój mural

Piękny dzień. Gdyby nie krzyczący ze ściany kalendarz i bezlitosny termometr bezprzewodowy mógłbym na chwilę uwierzyć, że znowu jest wiosna…

Stoję ze szklanką pełną kawy i gapię się bezmyślnie w okno.

Uporządkujmy fakty – Andy… to ja. Chwilowa cecha szczególna – ból głowy. Uzasadniony i zasłużony. Patrzą na mnie oczy uzbrojone w rude futro:

zdzisio04

to Zdzisio. Mój kot. Permanente cechy szczególne – nastawienie na konsumpcję i metabolizm, chwilowe cechy szczególne – pusta miska. Zaraz to ogarnę.

Głośniki pompują prosto z youtube miły kawałek: https://www.youtube.com/watch?v=r6FH9Y4sAQY

Bunkrów nie ma ale też jest za… dobrze 🙂

Próbuję zebrać porozrzucane bezładnie myśli.

Bilans dnia poprzedniego – odrestaurowany Rembrant, wypielony fikus, obejrzany nowy „Dzień Niepodległości”, pozytywna ocena jakości nalewki malinowej od ciotki Lamii, wyrwane z otchłanii projekty Karla, epitafium dla projektu muralu (dla przypomnienia: http://antywirus.pl/index.php/2016/11/11/wolny-piatek-dzwoni-karl/).

No ale od początku – cofamy się w czasie do dnia wczorajszego. Po śniadaniu, po kawie i po przeterminowanym (o zaledwie tydzień) sękaczu udałem się do Karla. Święto, więc ulica pusta, śnieg sypał jak szalony (mimo mojej głębokiej wiary w wiosnę), wiatr wiał we wszystkich kierunkach. Stanąłem pod drzwiami domu na rogu i nacisnąłem guzik dzwonka. Zamiast modlitewnego gongu albo ćwierkania wróbelków rozległ się dźwięk karabinu maszynowego. Tak… Karl, człowiek pełen kontrastów, zazwyczaj nie tolerował typowych rozwiązań prostych zagadnień. Świadczyła o tym dobitnie również zeszłoroczna, nadal jeszcze ubrana w bombki choinka na balkonie Karla. W sumie to za chwilę będzie jak znalazł, bo święta za pasem. Nacisnąłem guzik ponownie przecinając po raz kolejny powietrze serią z automatu w jakości HD (dzwonek za 200 euro musi brzmieć jak rasowy AK-47). Cisza… pewnie dzwonek zastrzelił Karla. I Bombę (jego psa) pewnie też, bo nie szczeka… No tak. Karl poszedł z Bombą na spacer (w sumie sam mu kazałem) i pewie stoi i patrzy, jak Bomba próbuje sobie przypomnieć w jakim celu wyszedł na dwór. Wiatr bezlitośnie szlifuje mnie płatkami śniegu. Dobra, idę ich poszukać – Bomba raczej nie jest długotystansowcem, więc pewnie odnajdę ich w Stumilowym Lesie (czyli w naszym osiedlowym zagajniku za śmietnikiem). Wykonałem w tył zwrot i… wpadłem na Bombę.
– Siema Andy!
– Cześć Karl! No sieeemaaa Bomba!
Bomba maznął mnie od niechcenia jęzorem po spodniach. Jego szeroki wachlarz genów bez wątpienia zawierał zacną porcję materiału pochodzącego od zaślinionego boksera 🙂
Weszliśmy do domu już nawet nie próbując powstrzymywać grzechoczących od zimna zębów. Bomba, szczęśliwy jak nowonarodzony szczeniak, cały zabłocony poturlał się w kierunku gustownej kanapy z Ikei, pacnął na poduchy i włączył tryb oszczędzania energii.
– Biało dość… – rzucił Karl mocując się z sandałami (Karl pewnie, podobnie jak ja, nadal wierzy, że jest wiosna).
– No i zimno dość…
– Zaraz coś na to poradzimy. Planujesz gdzieś dziś jechać Madzią? (Madzia to mój samochód).
– Nooo chyba nie.
– Trzy słowa – Ciotka, maliny, nalewka.
– Stary… wchodzę w temat.
Ciotka Lamia to właściwie nie jest nasza rodzina lecz przewodnicząca rady osiedla od lat jednogłośnie wybierana na to stanowisko przez lokalne, samozwańcze zgromadzenie mieszkańców. Potrafi fenomenalnie gotować, szyje na maszynie, gra na pianinie, potrafi stawiać bańki i… tak… tak… robi genialne nalewki, po których nawet egipska mumia nabrałaby rumieńców. A ponieważ ciotka jest kompletnie nie ogarnięta w kwestiach technicznych, to zapewne będę miał okazję o niej jeszcze pisać.
No ale wróćmy do meritum.
Karl z nabożeństwem przyniósł dwie słuszne porcje nalewki i przystąpiliśmy do analizy porannej porażki Karla w starciu z krypto-ransomware (ale nazwa, już to widzę: „Dziiiś gościnnieee w Muppet Shooooow – Kryyyyptooo Ransooomware! I bum! Telewizor do wymiany).
– No dobra Karl, odpaliłeś sobie fałszywą fakturę za gaz z maila i Rembrant (komputer Karla) każe ci płacić kasę?
– Noooo w skrócie tak.
– Antywira ma?
– Ma.
– A jakiego ma?
Karl powiedział, jakiego ma antywira… Nie mogę tu za bardzo napisać jakiego miał, ale na pewno mogłem zapytać:
– Karl… potomku Mieszka I, dumny spadkobierco Chopina i Marii Curie Skłodowskiej, a jakiego miał mieć?
– No wiem. Mówiłeś. Polskiego miał mieć.
– No właśnie. Polskiego. A że nie miał, to teraz będzie cierpiał.
Uruchomiłem Rembranta. System wystartował jak rakieta z najładniejszego dysku SSD dostępnego na rynku, buchnął parą ze wszystkich rdzeni procesora… i od razu wywiesił białą flagę z napisem „twoje dane zostału zaszyfrowane, blablabla, dawaj kasę!”. Ikonka obcojęzycznego antywirusa jak gdyby nigdy nic łypała dumnie w rogu, twierdząc, że jest super, a świat jest piękny.
– No dobra stary… konfigurowałem ci kopie zapasowe na NASie, pamiętasz?
– … na czym? – Karl wyglądał zupełnie tak samo jak wtedy, gdy nauczycielka w liceum pytała go o pieśń wajdeloty…
– Karl, NAS, takie czarne pudełeczko podłączone kabelkiem do prądu. Z antenką i z lampeczką.
– Aaaaa tak tak! Mam. W kuchni jest.
– W kuchni?!
– Tak. Chodź.
Poszliśmy do kuchni. Karl dumny gestem wskazał mi zielonego fikusa w kącie za lodówką. Spojrzałem na niego, Karl spojrzał na mnie, Bomba szczeknął przez sen, za oknem przejechał samochód, w radiu szła reklama „Media Markt, nie dla idiotów”…
– O to chodzi? – Karl podszedł do fikusa i podwinął wyszydełkowaną serwetkę, na której balansowała doniczka z fikusem. Spod serwetki ze wściekłością zamrugały diody dysku WiFi, jakby chciały wykrzyczeć „Ożeż ty!! Niech cię tylko dorwę!!”.
– Tak. To jest… i w tym momencie fikus stracił przytomność i razem z doniczką rozsypał się po podłodze… – to.
– Fikus spadł – rzeczowo zauważył Karl.
– Tak Karl. Fikus spadł z dysku WiFi – dodałem – Laptopa daj.
Podłączyłem utracienkiego laptopa Karla do dysku modląc się jednocześnie, żeby cryptolocker, który zeżarł pliki Na Rembrancie wykazał się litością dla dysku sieciowego.
Karl w międzyczasie uzupełnił niedobory nalewki w szklankach.
Patrzyłem na migające lampki i coraz bardziej wkurzający napis „proszę czekać”.
– Dobra ta nalewka nie?
– Karl, dobre to są frytki, ta nalewka jest genialna! Powinna dostać Oskara dla nalewek.
– Jak chcesz, to mogę ci jedną dać, bo mam jeszcze dwie.
– No wiesz, nierozsądnie byłoby odmawiać.
– Mam „Dzień Niepodległości” na VODzie. Chcesz obejrzeć?
Napis „proszę czekać” zniknął. Diody dalej migały jak szalone. Pojawiło się okna z listą dat kopii zapasowych.
– Chcę obejrzeć. A ty chcesz swoje pliki?
– Chcę.
– Masz kopię z środy. Kiedy zacząłeś robić mural?
– W czwartek.
– No to muralu nie masz, resztę masz.
– Musisz mi to swoje zdjęcie na dachu wysłać jeszcze raz.
– Wieczorem ci wyślę.
– No dobra. To co teraz?
Skopiowałem Karlowi z powrotem pliki z kopii na Rembranta. Karl uzupełnił poziom nalewki.
Rembrant gładko łyknął wszystko. Karlowy nie-taki-jak-miał-być antywirus groźnie warczał pobierając aktualizacje.
– Dobra Karl. Co jest to jest, czego nie ma, tego nie ma. Mural jutro robisz od nowa.
– Dlaczego jutro?
– Bo po pierwsze primo teraz włączasz „Dzień Niepodległości”, a po drugie primo dolej nalewki.
– A no tak!
Obejrzeliśmy film. Fajny. Mnóstwo kosmitów poległo w starciu z potęgą ziemskiej technologii. Nalewki od Karla nie dostałem, bo po filmie nie miał mi już co dać w prezencie. Zupełnie jak Kubuś Puchatek, który w urodziny Kłapouchego został z pustą baryłeczką.
Wróciłem do domu. Wysłałem Karlowi link do instalki antywira, który uchroniłby mural i poszedłem spać.
Ale zaraz! Jakie „spać”!? Zdzisiowi trzeba dać jeszcze jeść!
Dobrze, że jutro sobota 🙂