Uwolnić księżniczkę

Man looking at an old broken computerTermin oddania projektu ‚Trinity’ zbliżał się nieubłaganie. Był już widoczny na linii horyzontu i z każdym dniem stawał się większy i bardziej wyraźny. Jak każdy bardzo ogarnięty i zorganizowany freelancer miałem wszystkie zaległe elementy projektu opisane i zaplanowane. Jak każdy sumienny specjalista, wszystkie istotne kroki i etapy miałem wpisane w kalendarzu, który zgrabną grafiką wizualizował harmonogram prac. Na czerwono. A kolor czerwony zazwyczaj wróży coś złego. Przyroda tak sobie wymyśliła, a ludzie to podchwycili i zaimplementowali we wszystkich aplikacjach na świecie. Tak też było w tym przypadku – czerwone słupki nie pozostawiały cienia wątpliwości i mówiły jednoznacznie: „Andy… choćby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów to nie zdążysz”. W zaistniałej sytuacji, jak większość ogarniętych, zorganizowanych, sumiennych i kompetentnych mistrzów w swojej dziedzinie siedziałem przed telewizorem i po raz setny oglądałem losowy odcinek Doktora House’a. Wiedziałem, że pacjentka ma przetokę w jelicie spowodowaną spożyciem środka do udrażniania rur, więc w głębokim poczuciu przewagi na lekarzami najnormalniej w świecie makabrycznie się nudziłem. Miałem ochotę coś porobić (oczywiście nie dotyczyło to projektu ‚Trinity’) ale mój mózg nie był w stanie wytworzyć żadnej, nawet najbardziej ulotnej wizji interesującego zajęcia. Gapiąc się w ekran usłyszałem miauczenie Zdzisia. Dziwnie odległe miauczenie. Mózg ożywił się, a ręką wyłączyła telewizor.
– Miaaauuu…
– Zdzisio!
– Miaaaaauuu…
– Gdzieś polazł?
– Miaaaaauuuuuuu….
No niemożliwe… Zdzisio wymiaukiwał się z piwnicy. Nie bez powodu ogólna opinia o kotach jest taka, że koty są dziwne i w losowych momentach czasu nie podlegają prawom fizyki. Po raz ostatni byłem w piwnicy prawie rok temu gdy w bałaganie tam panującym upychałem bombki choinkowe po zeszłorocznych świętach. No i raczej Zdzisio nie siedział tam zamknięty od tamtego czasu. Dobra. Nie będę tego analizował. Zdzisio to Zdzisio. Poczłapałem do piwnicy i nieśmiało otworzyłem drzwi. Moja piwnica zawsze kojarzyła mi się ze strychem starego, wiejskiego domu – było tam wszystko, co przez lata udało mi się zgromadzić i czego z różnych przyczyn nie potrafiłem wywalić na śmietnik. Jakby na potwierdzenie tego faktu był tam teraz Zdzisio 🙂 Siedział w kącie na białym pudle wśród rozsypanych kartonów i wylizywał sobie futro z piwnicznego kurzu. Białe pudło? O masz, przecież to mój komputer z czasów, gdy w liceum siłowałem się z Wokulskim, Kordianem, doktorem Judymem i innymi superbohaterami! W tym właśnie momencie poczułem się jak doktor Frankenstein – postanowiłem, że go ożywię.

Kabel zasilający – jest. Klawiatura z dziwną wtyczką jak z magnetofonu firmy Kasprzak – jest (a jakże! na ścianie wisiała od lat jako dekoracja), mysz… hmmm… zaraz! jaka mysz? Przecież ten komputer to jeszcze ‚pod DOSem robił’. Czyli myszy nie szukam. Monitor. No tak. Potrzebne wsparcie. Dzwonię do Karla.
– No cześć Andy.
– Siema, masz jeszcze ten monitor taki wiesz? No ten taki stary?
– Oooo chcesz go w końcu kupić?
– Nie wiem, może chcę. Masz?
– Mam.
– No to bierz go pod pachę i naginaj tutaj do mnie.
– 100 złotych.
– Dobra. Bierz i chodź.
Karl pojawił się po 5 minutach w czapce, kurtce, krótkich spodniach, ze starym monitorem Nokia (tak tak, właśnie TA Nokia) pod pachą.
– 100 złotych – Karl od progu zadbał o interesy.
– Masz – podałem mu stówę.
– Monitor jest twój. Mogę wracać?
– Jak chcesz. Ja właśnie odpalam moje 386 z liceum.
– Uuu panie. To taka trochę komputerowa nekrofilia. Zostaję.
Podłączyliśmy monitor. Karl oczywiście musiał pogalopować do domu po drugi kabel zasilający. Wrócił po chwili zdyszany. Byliśmy gotowi do akcji ‚wskrzeszenie’.
– Tam jest dysk twardy? – spytał Karl?
– Jest. 80MB.
– On tak lekką rączką od ponad 20 lat się nie kręcił. Nie wybuchnie?
Nacisnąłem okrągły guzik na obudowie…

CAŁA DZIELNICA WYLECIAŁA W POWIETRZE. DZIĘKUJĘ. KONIEC.

No dobra. Żartowałem 🙂 Zielone lampki na klawiaturze zamrugały, niebieska lampka na obudowie zamajaczyła, a z wnętrza obudowy rozległ się dźwięk startującej piły do drewna.
– Ty! On ruszył, patrz – Karl wskazał palcem na monitor.
Faktycznie. Skubany wystartował. Na ekranie pojawiały się kolejne linijki tekstów startującego DOSa.
– Ja cie! Normalnie jak jakieś pismo runiczne!
– Patrz, wtedy to jednak robili dobry sprzęt. Jakbyś Rembranta (komputer Karla) zostawił na 20 lat w piwnicy, to mógłbyś go co najwyżej na szufelkę zebrać po tym czasie, a tu proszę – robi jakbym go wczoraj wyłączył.
Odruchowo uruchomiłem Norton Commander’a (to jest jak jazda na rowerze – nie da się tego zapomnieć). Widok niebieskich paneli spowodował, że prawie się pobeczałem ze wzruszenia. Karl też stał oniemiały.
– Zobacz – TAG, POP, mks_vir – chłopie jakie ty masz tu skarby!
Nagle głośniczek zaczął rzęzić melodyjkę Yankee Doodle…
– Niemożliwe, wirusa masz! Buahahaha! Przez 20 lat miałeś w piwnicy ognisko epidemii!
Faktycznie. Przypomniałem sobie, że jak tę supermaszynę wyłączałem po raz ostatni (czyli będąc w liceum), to też grał tę melodyjkę.
– mks_vir’a odpal. Przecież masz – niech leczy!
Przeklikałem się przez Norton’a i uruchomiłem mks-a. Skanowanie ruszyło i po chwili już mieliśmy chorego osobnika jak na tacy. ‚Wylecz’, ‚tak’, ‚tak’, ‚kontynuuj’, ‚tak’… melodyjka ustała.
– I co? Po temacie?
– No nie wiem, chyba tak.
– W sumie szkoda, że go wyleczyłeś. Mogliśmy zobaczyć, czy ten Yankee nadal jest przez programy wykrywany. Taka w sumie ciekawostka – tak jakbyś poszedł do przychodni osiedlowej i powiedział, że złapałeś dżumę jak byłeś nad Bałtykiem 🙂
– A co jest w katalogu POP?
– Nie wiem, poczekaj… Prince Of Persia!!!
– Dajesz! Bracie! Dajesz!

Projekt ‚Trinity’ musi poczekać – ruszamy z Karlem z misją wyzwolenia księżniczki!

A jakby ktoś chciał sobie komputer mks_vir-em przeskanować, to też może, nawet gdy nie ma w domu piwnicy:

Skaner online mks_vir

Andy.exe : infection found!

wirusNie no, sam w to nie wierzę… mój system antywirusowy przepuścił wirusa. Tak! Dokładnie tak! Zaczęło się w sumie nie wiadomo kiedy i nie wiadomo jak. Obraz podstępnie robił się jakiś taki niewyraźny, wszystko działo się podejrzanie powoli, całość ewidetnie nie miała ochoty działać jak należy. A już najgorzej się zrobiło, jak zacząłem masakrować swoje płuca kaszląc jak generał Grievous. Biorąc pod uwagę, że reinstalacja systemu ‚na czysto’ zajęłaby ok. 40 lat zdecydowałem się podjąć leczenie. Krok pierwszy – analiza zagrożenia. Wstępna obserwacja anomalii w funkcjonowaniu systemu wskazuje na W32.Orthomyxoviridae.Family, więc ścieżka analizy powiodła mnie w kierunku starego lecz jakże niezawodnego narzędzia o nazwie termometr.exe. Oczywiście dawno go nie uruchamiałem, więc nie pamiętam gdzie go ostatnio zapisałem. \dom\kuchnia\szafki\ – nie ma, \dom\pokój duży\szuflada_pod_telewizorem\ – nie ma, \dom\lazienka\szuflada_w_szafce\ – nie ma (szkoda, bardzo liczyłem na tę lokalizację)… no i co teraz? Wiem! \dom\kuchnia\lodówka\zamrażarka\ – jest! (nie pytajcie, dlaczego akurat tam). Przeniosłem termometr.exe do \andy\prawa_pacha\ i uruchomiłem. Pasek postępu ruszył z kopyta lecz już po chwili gwałtownie wyhamował przy 36.6. A to drań – pomyślałem – rootkit jakiś, ukrywa swoją obecność w systemie. No nic to – skanujemy dalej. \andy\gardło\ – brak plików białe_plamki.bacteria, czyli to nie jest W32.Angina (co w sumie jest zgodne ze wstępnymi obserwacjami). Nie ma co zwlekać. Trzeba w końcu zdecydować się na jakąś aplikację, która postępującą infekcję powstrzyma, a następnie zmusi do odwrotu, bo jak nie, to będzie ze mną krucho. nalewka_malinowa.exe? Ewentualnie może orzechówka.exe? (Ciotka Lamia zawsze niezawodna!) Eee, nie. Za wcześnie. Może wieczorem, jak okaże się, że inne metody nie działają. Ibuprofen.zip? Nie zaszkodzi. Enter! – Wypakował się na pulpit, kliknięcie, ruszył – wątki nowoutworzonego w systemie serwisu C13H18O2 bezlitośnie zaatakowały szybko mnożące się szkodliwe skrypty wybijając je pracowicie jeden po drugim. 1:0 dla mnie. Jednak to trochę potrwa i jeśli gdzieś nie dotrą, może się okazać, że wygram bitwę, ale wojna będzie toczyć się dalej. Trzeba do tematu podejść z szerokim spektrum uzbrojenia. W starych folderach znalazłem jeszcze rutinoscorbin.arj (data przydatności… ok, dobra). Tylko czym w naszych czasach rozpakować arj-ta? Stary dobry brute force – nożyczkami. Do portu oddechowego podłączyłem wyjście dawno nie uruchamianego Inhalatora 2000 z załadowanymi bankami NaCl 0.9% (motyla noga, dziecięca dawka, no ale jak się nie ma co się lubi…). Zimno trochę… na obudowę z bawełny narzuciłem jeszcze obudowę z polaru. Lepiej. Teraz jeszcze tylko ‚rar a -r łóżko.rar andy.homosapiens’ 10%…20%…30%… (no co? trochę się miejsca zajmuje 🙂 )… 100%. Gotowe. Czegoś brakuje… no przecież! Serwis telewizor jest „stopped”. Uruchamiam. Przełączam z zadowoleniem kolejne okna kanałów. Nagle na pulpit wyskakuje proces telefon.exe i bezlitośnie odgrywa „Bach Cello Suite No. 1„. No to szybciutko ‚unrar e łożko.rar’…
– Halo?
– Cześć Andy! Tu Klara.
– O (akhm akhm – kaszel) Cześć Klarka! Co tam?
– Ale sen miałam! Śniło mi się, że byłam samochodem!
– Niech zgadnę – Syrenką byłaś.
– … ale skąd wiedziałeś?
– Bo mi się niedawno śniło, że byłaś syrenką 😉

Ja mam taką sugestię/prośbę/propozycję dla firm antywirusowych. Macie takie coś i takie coś i do tego takie coś i w ogóle to to. A ja bym chciał jeszcze do tego pakiet Environment Security for Homo Sapiens 🙂 Będzie szedł jak świeże buły po poście i to z dożywotnią licencją! 🙂

Masz różową?

Bujałem się na krześle patrząc z rozrzewnieniem na „hall of fame” polskich wieszczy rozglądających się leniwie wokół z czarno-białych portretów rozwieszonych na ścianach pracowni komputerowej Szkoły Podstawowej numer 397 na ulicy Gryziona 17. Na zadziwiająco jak na tę porę roku bezchmurnym niebie królował już księżyc otrzepując się z aury niedawnej superpełni i rzucając na podłogę srebrne plamy światła w kształcie szkolnych okien. Przy ławce pod oknem siedział Czesiek i zagryzając język pracowicie kolorował postać Lorda Vadera na kartce, którą buchnął z drukarki przy komputerze na nauczycielskim biurku.
– Masz różową? – spytał nie odrywając się od rysunku nad którym pracował już od ładnych kilkunastu minut.
Z pewnym trudem złapałem równowagę i sięgnąłem do piórnika, który jakiś nieuważny uczeń zostawił przy klawiaturze. O rany, no normalnie jak damska torebka – wszystko tam było, łącznie z wkrętami do drewna i spinaczami do prania.
– Mam.
– Daj.
– Nie jest zatemperowana…
– Masz temperówkę?
Grzebnąłem od niechcenia w piórniku.
– Nie mam… ale poczekaj, scyzoryk mam.
Zatemperowałem różową kredkę. Dzieciak jutro znajdzie piórnik, zajrzy, a tam różowa kredka gotowa do pracy. Ucieszy się bez dwóch zdań.
– Łap Czesiek – rzuciłem mu kredkę.
– Dzięki.
Czesiek został wezwany do szkoły w trybie pilnym i niecierpiącym zwłoki przez panią Żanetę w sprawie poczynań jego syna Grzegorza na lekcjach informatyki (czyli tzw. „Zajęć z komputerem”). Przesłuchiwany i torturowany przez ojca na tę okoliczność Grzegorz nie umiał wskazać przyczyny emocjonalnej gadki pani Żanety, której Czesław musiał wysłuchać przez telefon wczoraj wieczorem. Jak każdy wczesny nastolatek Grzegorz uważał się za jednostkę świętą i pozbawioną wszelkich wad oraz skaz zarówno emocjonalnych jak i etycznych. Był w swoim mniemaniu idealny i bez grzechu, a wszelkie uwagi i każdą krytykę traktował jako przejaw skandalicznej nietolerancji, a w skrajnych przypadkach (np. w obliczu konieczności napisania wypracowania) wręcz głupoty nauczycieli, kompletnie nie rozumiejących potrzeb młodych ludzi i nie ogarniających zasad rządzących światem.
Wieczorem mieliśmy iść z Cześkiem do „Piachu” (taka nasza lokalna knajpa na 5 osób), więc żeby zaoszczędzić czas i ewentualnie wspomóc kolegę psychicznie i być może fizycznie w obliczu zagrożenia ze strony ciała pedagogicznego udałem się razem z nim na spotkanie z panią Żanetą.
– Ha! – krzyknął Czesiek zrywając się z krzesła. Wyszczerzył na mnie zęby w diabelskim uśmiechu i z dumą pokazał efekt swojej mozolnej pracy.
– Łomatko! Czesiu, wiesz, że jakby Anakin Skywalker to zobaczył, to wepchnąłby ci ten rysunek do żołądka? I to wcale nie przez usta…
– Wiem! – Cześka nieustannie rozpierała duma – mam pomysł!
Czesiek podbiegł do drzwi pracowni i powoli wyjrzał na korytarz.
– Czekaj na mnie, zaraz wracam…
Wybiegł. Zawiesiłem się na moment, ale po chwili uznałem, że muszę sprawdzić, czy przypadkiem w obliczu owego pomysłu Cześka nie powinienem ewakuować się przez okno ze szkoły i opracować jakiegoś wiarygodnego alibi tudzież czy w grę nie powinno w ogóle wchodzić wyparcie się znajomości z obywatelem Czesławem M. Wyjrzałem na korytarz.
– Czesiek, ty idioto! – wysyczałem.
Mój nienormalny kolega właśnie przypinał swoje dzieło na tablicy przy pokoju nauczycielskim zatytułowanej „Portrety naszych nauczycieli – wielki konkurs dla uczniów”.
– Moment, już kończę!
Czesław przygalopował z powrotem do klasy.
– No wygramy ten konkurs jak nic!
– Czesiek, ale pamiętasz dlaczego tu jesteśmy prawda? Kojarzysz, że to ty zostałeś tutaj wezwany, a nie że ty kogoś wzywałeś?
– Kojarzę, kojarzę. Tylko już w sumie trochę tu czekamy…
No faktycznie. Pani Żaneta już ponad 40 minut temu przywitała nas ozięble i kazała poczekać w sali numer 2. Dodała też, że mamy niczego nie dotykać no i w sumie prawie niczego nie dotykaliśmy. A zwłaszcza Czesiek niczego nie dotykał… głąb jeden.
– Patrz Andy, ten komp pod Słowackim jest włączony. Może zobaczymy, co te maszyny mogą?
– No żebyś tylko się nie przekonał, co pani Żaneta może…
– Oj tam Andy… stronkę ci fajną pokażę.
Czesiek podjechał krzesłem do wysłużonego szkolnego peceta i jak wirtuoz klepnął palcem w spację. Ekran ożywił się rozświetlając mrok pracowni kolorami tapety starego ale jakże jarego Windowsa XP.
– Uuuu panie, ale to musi być torpeda. Może kiedyś zrzucimy się i ufundujemy dzieciakom nową pracownię co?
– Tak, sprzedaj swój fortepian i kup dzieciom komputery.
– Pomyślimy. Patrz na to bracie!
Czesiek wklepał w przeglądarce jakiś adres, zawiesił palec nad Enterem…
– Gotowy?
– No… gotowy.
Nacisnął. Ekran zapłonął na pomarańczowo krzycząc niemo i nieubłaganie, że strona, do której próbował sięgnąć Czesław, została zablokowana.
– O w mordę. Andy, to ten sam program, co u ciebie w domu.
– Widzę.
– No i tyle sobie pooglądaliśmy… – zadumał się Czesiek najwyraźniej kombinując, jakby tu obejść zabezpieczenie.
Nagle wolno dotychczas płynący czas przyspieszył. Na korytarzu rozległo się przyspieszone „tuk, tuk, tuk”, skrzypnęły drzwi i do klasy wpadła pani Żaneta.
– Panowie! Czy wam się wydaje, że jesteście u siebie w domu?! Czy sądzicie, że ja nie widzę, co robicie na tym komputerze?!
– Ale my…ten no…byliśmy żeby…tu on… – Czesiek dał popis retoryki z górnej półki.
– I kogo ja mam w takim razie wzywać i z kim rozmawiać, żeby to miało sens? Może z waszymi rodzicami panowie co?
– ….. – Czesiek wytrzeszczał oczy. Generator mowy wyłączył mu się kompletnie.
– I pan, panie Rolan też zachowuje się szalenie odpowiedzialnie prawda?
Znałem się z panią Żanetą. Reperowałem jej kiedyś komputer po zalaniu kawą i – przynajmniej do dzisiaj – miałem wrażenie, że uważa mnie za osobnika poważnego. Z bólem obserwowałem jak ta aura ekspresowo paruje z oczu pani Żanety.
– Jak mam oczekiwać od waszych dzieci odpowiedzialnego zachowania i poszanowania zasad, jak wy sami w szkole robicie takie rzeczy?
– Ale ja mam tylko kota i on nie… – no nic głupszego już nie mogłem powiedzieć. Na szczęście pani Żaneta w porę mi przerwała mi i nie zdążyłem pogrążyć się do reszty.
– Panowie, może wam się wydaje, że to jest śmieszne i nieistotne – nie wiem, dojdziemy do tego. Czy wie pan, panie Czesławie dlaczego chciałam się panem spotkać?
– … no w zasadzie to nie wiem. Złe stopnie?
– To też. Ale chodzi przede wszystkim o to, że pana syn postanowił pokazać kolegom na lekcji strony porno panie Czesławie. Tu, w szkole, swoim kolegom. Jedenastolatek. Czy rozumie pan moje słowa?
Czesiek stał oniemiały.
– Zakładam, że milczenie spowodowane szokiem oznacza pełne zrozumienie moich słów panowie. Czy wie pan skąd pana syn znał adresy tych stron?
– Nie wiem – Czesław ożył na chwilę.
– To ja panu powiem. Ale najpierw niech mi pan powie, ile ma pan w domu komputerów?
– Jeden.
– Ok. I z tego komputera korzysta pan, pana żona i zapewne Grzegorz tak?
– Tak.
– Czy kojarzy pan takie coś jak historia przeglądanych stron?
– Tak.
– Kojarzy Pan. Super. Pana syn też to pojęcie kojarzy.
Podłoga pod Czesławem zaczęła niemal dymić. Czułem, że jeszcze moment i będę świadkiem samozapłonu.
– Ktoś u pana w domu, na waszym komputerze oglądał sobie te strony. Ja oczywiście nie mam zamiaru zastanawiać się nad tym kto to był. Może sąsiad wpadł z wizytą jak was w domu nie było. I wiem pan co? Mam nawet dla pana listę.
Pani Żaneta dała nam kartkę z adresami stron… wyglądały znajomo…
– Panowie, ja wiem, i wy już też wiecie, że mamy system, który takie strony blokuje i uczniowie ich sobie nie pooglądają. Ale my do waszych domów nie sięgamy. To jest zadanie dla was. Mam wam zlecić napisanie wypracowania na temat „Jaki mam pomysł na zabezpieczenie moich dzieci przed zagrożeniami płynącymi z Sieci„?
– Może tym razem wystarczy upomnienie? – zapytałem w imieniu Czesława, który najwyraźniej modlił się, żeby jego żona nie dowiedziała się, w jakim celu był dziś w szkole.
– Ehhh… tym razem wystarczy. Liczę na poważną refleksję z pana strony panie Czesławie.
– Tak pani profesor. Ja to załatwię. Zrobię. Tak.
– Bardzo mnie to cieszy. Niech pan wyłączy ten komputer.
Czesiek drżącą ręką próbował okiełznać kursor myszy.
– Guzik niech pan po prostu naciśnie na obudowie – ulitowała się pani Żaneta.
Komputer pogrzechotał jeszcze chwilę dyskiem i z ekranu zniknął w końcu pomarańczowy ślad naszej niegodziwej działalności.
– A! I jeszcze jedno panowie. W sprawie tego konkursu, w którym dzisiaj wzięliście panowie udział…
– !!!!! – pomyśleliśmy zgodnie z Cześkiem.
– Jestem przekonana, że wasza kreacja pod tytułem „Lord Vader w stroju baletnicy” zdeklasuje inne prace. Zgodnie z zasadami konkursu zwycięzcy będą na szkolnej akademii śpiewać wybrane przez siebie piosenki. Chciałabym, żebyście do przyszłej środy wysłali mi krótkiego maila z informacją, jaki utwór będą panowie wykonywać.
Pani Żaneta skinęła lekko głową i wyszła. Na korytarzu rozlegało się coraz cichsze „tuk, tuk, tuk”.
Zapomnieliśmy, że nie tylko komputery są w szkole monitorowane…
– K… Czesiek…
– Co?
– Wiadro!
– Musimy piosenkę znaleźć jakąś…

Ja już nawet wiem jaką: Mniej więcej tak będziemy wyglądali z Cześkiem na szkolnym apelu.

Gdyby Karl mnie słuchał, to miałby swój mural

Piękny dzień. Gdyby nie krzyczący ze ściany kalendarz i bezlitosny termometr bezprzewodowy mógłbym na chwilę uwierzyć, że znowu jest wiosna…

Stoję ze szklanką pełną kawy i gapię się bezmyślnie w okno.

Uporządkujmy fakty – Andy… to ja. Chwilowa cecha szczególna – ból głowy. Uzasadniony i zasłużony. Patrzą na mnie oczy uzbrojone w rude futro:

zdzisio04

to Zdzisio. Mój kot. Permanente cechy szczególne – nastawienie na konsumpcję i metabolizm, chwilowe cechy szczególne – pusta miska. Zaraz to ogarnę.

Głośniki pompują prosto z youtube miły kawałek: https://www.youtube.com/watch?v=r6FH9Y4sAQY

Bunkrów nie ma ale też jest za… dobrze 🙂

Próbuję zebrać porozrzucane bezładnie myśli.

Bilans dnia poprzedniego – odrestaurowany Rembrant, wypielony fikus, obejrzany nowy „Dzień Niepodległości”, pozytywna ocena jakości nalewki malinowej od ciotki Lamii, wyrwane z otchłanii projekty Karla, epitafium dla projektu muralu (dla przypomnienia: http://antywirus.pl/index.php/2016/11/11/wolny-piatek-dzwoni-karl/).

No ale od początku – cofamy się w czasie do dnia wczorajszego. Po śniadaniu, po kawie i po przeterminowanym (o zaledwie tydzień) sękaczu udałem się do Karla. Święto, więc ulica pusta, śnieg sypał jak szalony (mimo mojej głębokiej wiary w wiosnę), wiatr wiał we wszystkich kierunkach. Stanąłem pod drzwiami domu na rogu i nacisnąłem guzik dzwonka. Zamiast modlitewnego gongu albo ćwierkania wróbelków rozległ się dźwięk karabinu maszynowego. Tak… Karl, człowiek pełen kontrastów, zazwyczaj nie tolerował typowych rozwiązań prostych zagadnień. Świadczyła o tym dobitnie również zeszłoroczna, nadal jeszcze ubrana w bombki choinka na balkonie Karla. W sumie to za chwilę będzie jak znalazł, bo święta za pasem. Nacisnąłem guzik ponownie przecinając po raz kolejny powietrze serią z automatu w jakości HD (dzwonek za 200 euro musi brzmieć jak rasowy AK-47). Cisza… pewnie dzwonek zastrzelił Karla. I Bombę (jego psa) pewnie też, bo nie szczeka… No tak. Karl poszedł z Bombą na spacer (w sumie sam mu kazałem) i pewie stoi i patrzy, jak Bomba próbuje sobie przypomnieć w jakim celu wyszedł na dwór. Wiatr bezlitośnie szlifuje mnie płatkami śniegu. Dobra, idę ich poszukać – Bomba raczej nie jest długotystansowcem, więc pewnie odnajdę ich w Stumilowym Lesie (czyli w naszym osiedlowym zagajniku za śmietnikiem). Wykonałem w tył zwrot i… wpadłem na Bombę.
– Siema Andy!
– Cześć Karl! No sieeemaaa Bomba!
Bomba maznął mnie od niechcenia jęzorem po spodniach. Jego szeroki wachlarz genów bez wątpienia zawierał zacną porcję materiału pochodzącego od zaślinionego boksera 🙂
Weszliśmy do domu już nawet nie próbując powstrzymywać grzechoczących od zimna zębów. Bomba, szczęśliwy jak nowonarodzony szczeniak, cały zabłocony poturlał się w kierunku gustownej kanapy z Ikei, pacnął na poduchy i włączył tryb oszczędzania energii.
– Biało dość… – rzucił Karl mocując się z sandałami (Karl pewnie, podobnie jak ja, nadal wierzy, że jest wiosna).
– No i zimno dość…
– Zaraz coś na to poradzimy. Planujesz gdzieś dziś jechać Madzią? (Madzia to mój samochód).
– Nooo chyba nie.
– Trzy słowa – Ciotka, maliny, nalewka.
– Stary… wchodzę w temat.
Ciotka Lamia to właściwie nie jest nasza rodzina lecz przewodnicząca rady osiedla od lat jednogłośnie wybierana na to stanowisko przez lokalne, samozwańcze zgromadzenie mieszkańców. Potrafi fenomenalnie gotować, szyje na maszynie, gra na pianinie, potrafi stawiać bańki i… tak… tak… robi genialne nalewki, po których nawet egipska mumia nabrałaby rumieńców. A ponieważ ciotka jest kompletnie nie ogarnięta w kwestiach technicznych, to zapewne będę miał okazję o niej jeszcze pisać.
No ale wróćmy do meritum.
Karl z nabożeństwem przyniósł dwie słuszne porcje nalewki i przystąpiliśmy do analizy porannej porażki Karla w starciu z krypto-ransomware (ale nazwa, już to widzę: „Dziiiś gościnnieee w Muppet Shooooow – Kryyyyptooo Ransooomware! I bum! Telewizor do wymiany).
– No dobra Karl, odpaliłeś sobie fałszywą fakturę za gaz z maila i Rembrant (komputer Karla) każe ci płacić kasę?
– Noooo w skrócie tak.
– Antywira ma?
– Ma.
– A jakiego ma?
Karl powiedział, jakiego ma antywira… Nie mogę tu za bardzo napisać jakiego miał, ale na pewno mogłem zapytać:
– Karl… potomku Mieszka I, dumny spadkobierco Chopina i Marii Curie Skłodowskiej, a jakiego miał mieć?
– No wiem. Mówiłeś. Polskiego miał mieć.
– No właśnie. Polskiego. A że nie miał, to teraz będzie cierpiał.
Uruchomiłem Rembranta. System wystartował jak rakieta z najładniejszego dysku SSD dostępnego na rynku, buchnął parą ze wszystkich rdzeni procesora… i od razu wywiesił białą flagę z napisem „twoje dane zostału zaszyfrowane, blablabla, dawaj kasę!”. Ikonka obcojęzycznego antywirusa jak gdyby nigdy nic łypała dumnie w rogu, twierdząc, że jest super, a świat jest piękny.
– No dobra stary… konfigurowałem ci kopie zapasowe na NASie, pamiętasz?
– … na czym? – Karl wyglądał zupełnie tak samo jak wtedy, gdy nauczycielka w liceum pytała go o pieśń wajdeloty…
– Karl, NAS, takie czarne pudełeczko podłączone kabelkiem do prądu. Z antenką i z lampeczką.
– Aaaaa tak tak! Mam. W kuchni jest.
– W kuchni?!
– Tak. Chodź.
Poszliśmy do kuchni. Karl dumny gestem wskazał mi zielonego fikusa w kącie za lodówką. Spojrzałem na niego, Karl spojrzał na mnie, Bomba szczeknął przez sen, za oknem przejechał samochód, w radiu szła reklama „Media Markt, nie dla idiotów”…
– O to chodzi? – Karl podszedł do fikusa i podwinął wyszydełkowaną serwetkę, na której balansowała doniczka z fikusem. Spod serwetki ze wściekłością zamrugały diody dysku WiFi, jakby chciały wykrzyczeć „Ożeż ty!! Niech cię tylko dorwę!!”.
– Tak. To jest… i w tym momencie fikus stracił przytomność i razem z doniczką rozsypał się po podłodze… – to.
– Fikus spadł – rzeczowo zauważył Karl.
– Tak Karl. Fikus spadł z dysku WiFi – dodałem – Laptopa daj.
Podłączyłem utracienkiego laptopa Karla do dysku modląc się jednocześnie, żeby cryptolocker, który zeżarł pliki Na Rembrancie wykazał się litością dla dysku sieciowego.
Karl w międzyczasie uzupełnił niedobory nalewki w szklankach.
Patrzyłem na migające lampki i coraz bardziej wkurzający napis „proszę czekać”.
– Dobra ta nalewka nie?
– Karl, dobre to są frytki, ta nalewka jest genialna! Powinna dostać Oskara dla nalewek.
– Jak chcesz, to mogę ci jedną dać, bo mam jeszcze dwie.
– No wiesz, nierozsądnie byłoby odmawiać.
– Mam „Dzień Niepodległości” na VODzie. Chcesz obejrzeć?
Napis „proszę czekać” zniknął. Diody dalej migały jak szalone. Pojawiło się okna z listą dat kopii zapasowych.
– Chcę obejrzeć. A ty chcesz swoje pliki?
– Chcę.
– Masz kopię z środy. Kiedy zacząłeś robić mural?
– W czwartek.
– No to muralu nie masz, resztę masz.
– Musisz mi to swoje zdjęcie na dachu wysłać jeszcze raz.
– Wieczorem ci wyślę.
– No dobra. To co teraz?
Skopiowałem Karlowi z powrotem pliki z kopii na Rembranta. Karl uzupełnił poziom nalewki.
Rembrant gładko łyknął wszystko. Karlowy nie-taki-jak-miał-być antywirus groźnie warczał pobierając aktualizacje.
– Dobra Karl. Co jest to jest, czego nie ma, tego nie ma. Mural jutro robisz od nowa.
– Dlaczego jutro?
– Bo po pierwsze primo teraz włączasz „Dzień Niepodległości”, a po drugie primo dolej nalewki.
– A no tak!
Obejrzeliśmy film. Fajny. Mnóstwo kosmitów poległo w starciu z potęgą ziemskiej technologii. Nalewki od Karla nie dostałem, bo po filmie nie miał mi już co dać w prezencie. Zupełnie jak Kubuś Puchatek, który w urodziny Kłapouchego został z pustą baryłeczką.
Wróciłem do domu. Wysłałem Karlowi link do instalki antywira, który uchroniłby mural i poszedłem spać.
Ale zaraz! Jakie „spać”!? Zdzisiowi trzeba dać jeszcze jeść!
Dobrze, że jutro sobota 🙂

Wolny piątek, dzwoni Karl…

Rozmawiałem przed minutą z Karlem. Karl mieszka w domu na rogu. Właściwie ma na imię Karol ale w jego średniowiecznej klawiaturze, którą przez całą baterię przejściówek podłącza do USB w swoim i7-6970, klawisz ‚o’ potrafi nie reagować, i jak Karol podpisuje się pod mailami, to wychodzi Karl. Mogło być gorzej 😉 Karl jest grafikiem. Bardzo zdolnym grafikiem i co zapewne bezpośrednio właśnie z tego faktu wynika, jest również wręcz wzruszająco roztrzepany, nierozsądny, z tendencją do spuszczania swojego rozsądku ze smyczy w najmniej stosownych momentach. No i zadzwonił i mówi tak:

– Andy… jest taka sytuacja… że przyszła mi mailem faktura do zapłacenia za gaz, no i wiesz, w sumie nie wiem czego oni tak to pozabezpieczali, musiałem wpisać jakieś hasło, coś mi się ściągnęło, kliknąłem, coś pomieliło i teraz Rembrant (Rembrant to imię komputera Karla. Karl nadaje imiona przedmiotom, z którym jest szczególnie związany) mówi, że mam zaszyfrowane pliki i mam zapłacić okup… kumasz Andy? O-K-U-P.
– Kumam Karl… za jaki gaz? Przecież ty na gaz to w domu masz tylko zapalniczkę… płaciłeś kiedyś faktury za gaz do zapalniczki?
– No nie płaciłem…
– I teraz tak sobie postanowiłeś zapłacić fakturę za gaz, którego nie masz w ogóle podciągniętego do domu tak?
– No tak… ale Andy… ja nie mogę teraz żadnego malowidła (malowidła, to pliki graficzne Karla) otworzyć.
– Karl… zrobimy tak. Ty teraz wyłączysz Rembranta i wyjdziesz na spacer z Bombą (Bomba to pies Karla. Imię trafnie oddaje powierzchowność tej wielorasowej, psiej, przesympatycznej mutacji). Ja zrobię sobie śniadanie, wypiję kawę, dopcham kaloriami z przeterminowanego sękacza i wpadnę do ciebie ok?
– No ok. Dzięki. Narazie.
– Narazie.

Będzie dym. Karl ma na poniedziałek zdać projekt muralu. Projekt jest mistrzowy, zwłaszcza że ja na nim też jestem. Hmmm… a właściwie to pewnie byłem, patrząc z punktu widzenia zeznania złożonego właśnie przez Karla… No nic to. Jakiś czas temu konfigurowałem chłopakowi kopie zapasowe, może nie zapsuł… zobaczymy.

Tak na marginesie – fajny artykuł: https://avlab.pl/wielki-test-oprogramowania-dla-domu-i-dla-firm-do-ochrony-przed-krypto-ransomware

Myślę, że dam go Karlowi do nauczenia się na pamięć 🙂